sobota, 27 października 2018

Nieśniadaniowo: Kolacja foodpairingowa z piwem z browaru Brooklyn Brewery w restauracji Północ - Południe

Foodpairing to w dużym skrócie łączenie smaków, w taki sposób, by stworzyć nowe kombinacje, w których owe smaki wzajemnie się będą podbijać czy balansować. Parować można poszczególne składniki, jedzenie i wino, a ostatnio okazało się, że przecież parować z jedzeniem można też absolutnie nie gorsze od wina piwo. A że piwo i jedzenie to moje dwie największe miłości, na propozycję wzięcia udziału w kolacji łączącej te dwie rzeczy zareagowałam z niekrytym entuzjazmem.

Całe wydarzenie miało miejsce w gdyńskiej restauracji Północ - Południe, zaś dania podawane podczas tego wydarzenia łączone były z piwami z browaru The Brooklyn Brewery, który wchodzi na polski rynek. W menu znalazły się cztery dania i czekadełko sparowane z pięcioma różnymi piwami.

Czekadełko było daniem typowo jesiennym - był to mus z dyni i mus z buraka na chlebku dyniowym, podany wraz z piwem American Pale Ale o nazwie Brooklyn Naranjito. Musy były lekko słodkawe, zaś połączenie ich goryczkowym piwem okazało się trafnym posunięciem. Oba smaki dobrze na siebie wpłynęły tworząc zgrane połączenie. 


Drugim daniem, jakie podano była polędwiczka wieprzowa z espumą chrzanowo-jabłkową i paloną brukselką, zaserwowana z piwem typu lager. Delikatne smaki wzajemnie się uzupełniały i podkreślały. Sam lager był nie do końca typowy, miał odrobinę więcej ciała i słodowości, co pasowało do wieprzowiny. 


Kolejnym daniem była fantastyczna płotka w zalewie octowej podana ze słodką cebulką, pomidorami, rodzynkami i migdałami, zaś sparowano ją z piwem IPA. Danie niesamowicie kojarzyło mi się ze Świętami. To taka wariacja na temat wigilijnej ryby w occie, a ta octowość dobrze współgrała ze słodyczą dodatków, zaś gorzkawe piwo uzupełniało całość. Bardzo odpowiadały mi chrupiące dodatki. Samo piwo było może odrobinę zbyt karmelowe, jednak nie psuło to ogólnego odczucia. 


Czwartym i według mnie najlepszym daniem było żeberko, podane z oscypkiem i żurawiną, sosem sriracha i kaszą gryczaną. Do tego również, moim zdaniem, najlepsze piwo czyli saison na chmielu Sorachi Ace. Cóż za cudowne połączenie smaków! Żeberko było przyjemnie dymne i soczyste, co wspaniale łączyło się ze słonym serem, słodką żurawiną i pikantnym sosem, a kokosowy aromat pochodzący z chmielu użytego w piwie dopełniał dzieła. Niesamowicie udane połączenie. 



Na deser z kolei uraczono nas ciastem czekoladowym podanym z konfiturą z czarnego bzu i śliwki, a także z czipsem z topinamburu. Serwowanym do tego piwem był zaś kwas - Bel Air Sour. Nie jestem fanką kwasów i nie znam się na nich, jednak ten był bardzo delikatny i zupełnie pijany. W aromacie dominował grejpfrut, w smaku cytryna. Bardzo przyjemne piwo dobrze komponowało się z deserem.


Taka kolacja to naprawdę ciekawe wydarzenie, bardzo poszerzające horyzonty kulinarne. Jeśli Wy również chcielibyście wziąć udział w takim wydarzeniu to do niedzieli macie ku temu niepowtarzalną okazję, bowiem restauracja Północ Południe taka kolację organizuje: tutaj link do wydarzenia.

Gorąco polecam! ❤️

smaczności, m.

sobota, 23 czerwca 2018

Placuszki bananowe

Nie jestem może zbyt plackowa - nie przepadam za mieszaniem mąki z mlekiem i innymi takimi cudami, przy robieniu ciasta wiele rzeczy może nie wyjść, a ja nie ufam swoim ciastowym zdolnościom. Zawsze wydawało mi się to bardzo skomplikowane. No ale jeśli jakieś placki składają się z 3 produktów to muszą być proste. I szybkie. Takie właśnie są placuszki bananowe. Wychodzą niesamowicie mięciutkie, lekkie i mocno bananowe w smaku. A ich zrobienie to dosłownie 10 minut. Uwielbiam upraszczać sobie życie, Wam też to polecam!


 Składniki (na 8-10 placuszków):
  • 2 dojrzałe banany
  • 4 jajka
  • 2 płaskie łyżki mąki
Banany rozgniatamy widelcem lub blendujemy na gładką masę. Jajka roztrzepujemy i chwilę ubijamy. Wlewamy jajka do do masy bananowej, dosypujemy mąkę i dokładnie mieszamy do połączenia składników. Nagrzewamy patelnię, pędzelkiem lub ręcznikiem papierowym smarujemy cienką warstwą oleju i smażymy placuszki 2-3 minuty z jednej strony. Delikatnie przewracamy łopatką i smażymy jeszcze 1-2 minut z drugiej strony. Ciasto jest rzadkie więc polecam lać go niewiele na jeden placek. Placuszki nie wyrosną bardzo, ale będą delikatne i miękkie.

Podawać z ulubionymi dodatkami. U mnie były to borówki :)


smaczności,
m.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Nieśniadaniowo: Chłodnik z botwinki

A może z boćwiny? Zawsze miałam problem z rozróżnieniem tych dwóch nazw. Niektóre źródła mówią, iż boćwina to młode buraczki wraz z liśćmi, a przyrządzana z nich zupa, to botwinka. Inne zaś wprowadzają rozróżnienie - boćwina to liście odmiany liściastej buraka zwyczajnego, zaś botwina to młode liście i korzenie odmiany ćwikłowej tego samego gatunku*. I tego rozróżnienia będę się trzymała - pomiędzy a botwiną, czyli liśćmi z malutkimi buraczkami, a boćwiną czyli samymi dużymi, mięsistymi liśćmi jest duża różnica. Przyznam, że z boćwiną nie miałam nigdy do czynienia, nie widziałam jej nawet w znanych mi warzywniakach, albo zwyczajnie nie zwracałam uwagi. Za to botwinkę znam doskonale - nie raz przyrządzałam z niej zupę bądź chłodnik. I to właśnie przepisem na to drugie danie chcę sie z Wami dzisiaj podzielić. Chłodnik ma tak samo wielu przeciwników, jak i zwolenników. Wiele osób po prostu nie akceptuje zimnej zupy. Ja upalnych dni bez chłodnika sobie nie wyobrażam. A wiosna tego roku jest wyjątkowo gorąca. Dla ochłody zatem - chłodnik z botwinki.


Składniki:
  • 1 litr bulionu
  • 1 pęczek botwiny
  • 1 ogórek gruntowy
  • kilka rzodkiewek
  • 400 ml maślanki
  • 2 łyżeczki soku z cytryny
  • 1 łyżeczka octu winnego
  • sól
  • pieprz
  • koperek
  • szczypiorek
  • 2-3 jaja na twardo

Gotujemy bulion. Oczywście najlepszy będzie domowy. Botwinkę myjemy, pozbawiamy drobnych korzonków. Jeśli ma większe buraczki, kroimy je drobno. Łodygi i liście siekamy. Jeśli liści jest bardzo dużo nie musimy dodawać wszystkich. Do gotującego się bulionu dodajemy buraczki, gotujemy około 5 minut. Po tym czasie dodajemy łodyżki i liście i gotujemy kolejne 2-3 minuty. Dodajemy sok z cytryny i ocet, chwilę gotujemy. Doprawiamy solą i pieprzem. Wywar studzimy. Kiedy wystygnie, dodajemy pokrojone w drobną kostkę rzodkiewki i ogórek, posiekany koperek i szczypior. Dodajemy maślankę. Schładzamy. Podajemy z ugotowanym na twardo jajkiem.





smaczności,
m.

*źródło: https://www.kukbuk.pl/wiadomosci/czy-wiesz-ze/bocwina-czy-botwina/

niedziela, 22 kwietnia 2018

Nieśniadaniowo: Pieczone bataty z farszem meksykańskim

Batat to jest ziemniak! Słodki. Pyszny. Zdrowy. No idealny. W połączeniu z pikantym farszem z mięsa mielonego, czerowej fasoli i kukurydzy tworzy coś ocierającego się o doskonałość. Tylko spójrzcie na to danie. Prezentuje się pięknie, a gwarantuję, że smakuje jeszcze lepiej.


Składniki:
  • 4 duże bataty
  • 500 g mięsa mielonego (ja użyłam indyka)
  • 1 cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 papryka
  • 1 puszka pomidorów krojonych
  • pół puszki kukurydzy
  • pół puszki czerwonej fasoli
  • pół łyżeczki oregano 
  • pół łyżeczki tymianku
  • pół łyżeczki słodkiej papryki
  • pół łyżeczki ostrej papryki 
  • sól i pieprz
  • oliwa z oliwek
  • listki kolendry
Przekrojone na pół bataty polewamy odrobiną oliwy, doprawiamy solą i pieprzem. Wstawiamy do rozgrzanego do 200 stopni piekarnika na 40-45 minut. Cebulę i czosnek siekamy, paprykę kroimy w kostkę. Posmażamy chwilę na patelni. Dodajemy mięso. Kiedy będzie podsmażone dodajemy wszystkie przyprawy i pomidory z puszki oraz fasolę i kukurydzę. Całość gotujemy na małym ogniu około 15 minut. Ja robię to w garnku ponieważ nie posiadam odpowiedniej wielkości patelni. Kiedy bataty się upieką wydrążamy z nich środek i dodajemy go do farszu. Nakładamy przygotowany farsz do batatów i ozdabiamy świeżymi listkami kolendry. I gotowe!

smaczności,
m.


sobota, 21 kwietnia 2018

Śniadaniowe gofry z bekonem i jajkiem sadzonym

Jestem totalną hedonistką, to nie ulega wątpliwości. Przyjemność to moje drugie imię. I trzecie. I nazwisko! Mało jest rzeczy przyjemniejszych niż chrupiący bekon i rozlewające się po nim żółtko. A jak połączycie to z jedną z lepszych rzeczy, jaką wymyśliła ludzkość, czyli goframi, to macie istną rozkosz. To co, zrobimy sobie dziś dobrze? :D



Składniki (na dwa duże gofry):
  • 1 szklanka mąki pszennej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 jajko
  • 3/4 szklanki mleka
  • 2 łyżki oliwy
  • szczypiorek
Dodatki:
  • 2 jajka
  • 6 plastrów boczku
  • szpinak
  • pomidorki koktajlowe
Mieszamy razem składniki suche i łączymy z mokrymi do uzyskania gładkiej masy, dorzucamy posiekany szczypiorek. Odstawiamy ciasto na 10-15 minut. Gofry pieczemy na rozgrzanej gofrownicy posmarowej odrobiną oliwy około 5 minut. W międzyczasie smażymy jajka i boczek. Ja zawsze przykrywam jajka na patelni przykrywką, by usmażyły się równo, a nie tylko od spodu. Uważajcie, by ich nie spalić oraz by żółtko pozostało płynne - nie ma nic bardziej rozczarowującego niż jajko sadzone na twardo.
Na usmażonych gofrach układamy po kilka liści szpinaku, plastry usmażonego bekonu i po jednym jajku. Ja podałam z pomidorkami koktajlowymi.

smaczności,
m.


niedziela, 25 lutego 2018

Placuszki z serka wiejskiego

Muszę przyznać, że nie jestem zbyt plackowa. Śniadania i obiady preferuję raczej wytrawne, a wszystkie te mączne rzeczy wydawały mi się zawsze strasznie pracochłonne. Okazało się, że bardzo źle mi się wydawało. Placuszki z serka wiejskiego są błyskawiczne, delikatne i bardzo smaczne!



Składniki (na około 6 placuszków):
  • 1 opakowanie serka wiejskiego (200g, ja użyłam light)
  • 1 jajko
  • 3 łyżki mąki
  • 3 łyżki cukru (dałam 2)
  • 1 opakowanie cukru wanilinowego (15g)
  • 1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia

Serek wiejski przekładamy do miski, dodajemy przesianą mąkę, cukier, cukier wanilinowy, proszek do pieczenia i jajko, wszystko razem mieszamy i smażymy na oleju. No prościej chyba sie nie da :) 

smaczności,
m.


czwartek, 18 stycznia 2018

Nieśniadaniowe wyprawy jedzeniowe: InFormal Kitchen - Warszawa

Jak już wiecie od czasu do czasu uwielbiam jeść na mieście. Właściwie mogłabym jeść na mieście codziennie. A potem jeszcze gotować w domu! Kilka dni temu odwiedziłam Warszawską InFormal Kitchen mieszczącą się na Placu Małachowskiego 2, która stawia na prostotę, autentyczność i smak. Czy znalazłam te cechy w tamtejszym jedzeniu? Zapraszam do czytania!

źródło: https://www.facebook.com/Informalkitchen/
Wnętrze jest proste, eleganckie i bardzo schludne. Od wejścia zostaliśmy powitani przez przemiłego Pana, który wskazał nam zarezerwowany stolik. Pani kelnerka, która nas obsługiwała szybko przyniosła karty i zaproponowała napoje. Otwarta kuchnia wzbudza zaufanie, podobnie jak witrynka wypełniona produktami, które zakupić można na miejscu. Pierwsze wrażenie - bardzo dobre.

źródło: https://www.facebook.com/Informalkitchen/

źródło: https://www.facebook.com/Informalkitchen/

źródło: https://www.facebook.com/Informalkitchen/
Karta jest różnorodna. Znajdziemy w niej dania mięsne, ryby i owoce morza, a także dania wegetariańskie. Są akcenty polskie, są i wloskie. Mimo takiego zróżnicowania karta nie jest przeładowana, każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Produkty używane w kuchni są sezonowe, co bardzo szanuję.

Zdecydowaliśmy się na tatar z polędwicy wołowej aromatyzowany dymem wiśniowym (29 zł), arancini w sosie pomidorowym (19 zł), przegrzebki na purée z groszku (39 zł) oraz policzki wołowe w sosie winnym (42 zł). Chcieliśmy zamówić również mule, ale te niestety właśnie się skończyły.

Tatar był bardzo dobrze doprawiony, dość słony (nie każdemu to będzie odpowiadać, mnie bardzo pasowało), mięso było delikatne. Duże wrażenie robi podanie - tatar aromatyzowany jest dymem wiśniowym i podany pod szklaną kopułką, spod której po jej uniesieniu uwalnia się cudowny aromat dymu. Dodatki dyskretne i nienachalne - standartowo było to żółtko, a także (już mniej typowo) mus z topinambura i jego plasterki oraz kiełki słonecznika (tutaj mogę się mylić), które z tego dania bym weliminowała albo przynajmniej zmniejszyła ilość, ale to naprawdę mikroskopijny minus ;). Jestem zdania, że tak bardzo mięsnym daniom dodatek zieleniny zupełnie w niczym nie pomaga, bo bronią się one same, a smak dobrze doprawionego mięsa doprawdy nie potrzebuje wsparcia.


Kolejną przystawką było włoskie arancini czyli panierowana kulka ryżowa z mozzarellą di bufala na sosie pomidorowym, tutaj z dodatkiem szafranu, w towarzystwie szynki parmeńskiej i rukoli. Sycące i aromatyczne danie, bardzo proste a jednocześnie eleganckie. Dodatki wspaniale komponowały się z daniem - cięzko o bardziej włoską potrawę! Cudo! No i czyż nie wygląda uroczo?


Owoce morza to moja miłość. Przyznam, że w InFormal przegrzebki jadłam po raz pierwszy, choć od zawsze miałam na nie ochotę. I smakowały dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam! Miękkie, jędrne i sprężyste o lekko morskim smaku. Wspaniałe! Słodki mus z groszku był bardzo delikatnym dodatkiem, przegrzebki wciąż pozostawały na pierwszym planie. Pieczony kalafior i topinabur przyjemnie chrupały i stanowiły udany kontrast dla miękkich przegrzebków. Bardzo udane danie i jak na przystawkę - wielkość porcji bardzo pozytwynie mnie zaskoczyła. W tej cenie liczyłam na jednego przegrzebka, tymczasem na talerzu wylądowały aż trzy! Spokojnie wystarczyłoby to na danie główne. No i spójrzcie na to podanie. Rewelacja!



Kolejnym daniem były policzki wołowe w sosie winnym na truflowym purée. I tutaj jedyny minus naszej kolacji. Mięso wydawało się być za suche, a w takiej sytuacji i sosu było zdecydowanie za mało. Purée z truflami było fantastyczne, a jarmuż również przyjemnie chrupał. Dodatki zdecydowanie pomogły temu daniu, jednak główny produkt, czyli policzki niestety zawiodły. Podanie również nie było udane.


Mimo małego niedociągniecia w postaci niezbyt udanych (ale i nie tragicznych) policzków wołowych, kolacja w InFormal Kitchen był niesamowitym przeżyciem. Przemiła obsługa, przytulne i eleganckie wnętrze, proste ale smaczne dania - to jest właśnie to, czego oczekuję od idealnego przeżycia restauracyjnego i z tego powodu do InFormal na pewno wrócę. Wam też jak najbardziej polecam. Jest tak jak obiecują - prosto, autentycznie i smacznie <3 

smaczności,
m.

Info:
InFormal Kitchen
Plac Małachowskiego 2 / Wejście od ul. Traugutta
Warszawa
tel. 531 918 534


sobota, 11 listopada 2017

Restaurant Week 2017: Seafood Station Sopot

Kolejny Restaurant Week za nami. Niestety w tej edycji udało mi się odwiedzić tylko jedno miejsce. Z racji mojej ogromnej miłości do owoców morza padło na Seafood Station w Sopocie. Lokal od dawna był na mojej liście "do odwiedzenia", jednak dopiero z okazji Restaurant Weeku udało mi się go odwiedzić. Jak było?
źródło: https://www.facebook.com/seafoodstationrestaurant/
Lokal prezentuje się świetnie. Miejsce jest urządzone w marynistycznych, czyli bardzo adekwatnych klimatach, jest jasny i przestronny, przestrzeń dodatkowo powiększają lustra. Wystrój jest naprawdę ładny i bez wątpienia zachęca do odwiedzin. Przyznam, że czułam się w tym wnętrzu bardzo dobrze!

źródło: https://www.facebook.com/seafoodstationrestaurant/
źródło: https://www.facebook.com/seafoodstationrestaurant/
Jeśli chodzi o menu, jak zapewne wiecie, w ramach Restaurant Week do wyboru w każdej restauracji biorącej udział w akcji, są dwa. W Seafood Station była to, w pierwszym menu: zupa tajska z owocami morza, makaron z owocami morza oraz deser - serniczek z konfiturą z jagód i ciastkiem piernikowym. W drugim menu mogliśmy spróbować śledzia w cydrze jako przystawki, dorady jako dania głównego, deser zaś pozostawał ten sam. Zdecydowałam się na menu numer jeden, głównie ze względu na zupę. Jestem ich absolutną fanką, podobnie jak kuchni tajskiej, dlatego wybór był prosty. Chociaż nie powiem, dorada i śledź to opcje również zachęcające.

Zupa była lekko pikantna i słodko-kwaśna. W środku doszukałam się jednej krewetki, dwóch muli i kilku kawałeczków tuńczyka. Krewetki były smaczne, jędre i miękkie, mule również fantastyczne, mięciutkie, bardzo smaczne, tuńczyk także bardzo dobry. Całość to zdecydowanie moje smaki. Duży plus za zupę.



Potem wjechał makaron. Uwielbiam makarony, chociaż umówmy się, nie jest to niewiadomo jak wymagające danie. Miałam tego świadomość decycując się na to menu. Nie oczekiwałam zachwytów. I teraz tak: porcja była naprawdę solidna. Niestety, ilość owoców morza w daniu zdecydowanie nie powalała: znalazłam bodaj po 3 sztuki krewetek i muli. I tu ponownie, owoce morza były naprawdę smaczne, miękkie i jędrne, takie jak być powinny. Całość pływała w smacznym, lecz zbyt rzadkim sosie, bardzo zbliżonym w smaku do zupy. Zdaję sobie sprawę, że Restaurant Week to akcja specjalna, cena jest wyjątkowo atrakcyjna, jednak w żadnym z poprzednich miejsc, które brały udział w wydarzeniu nie spotkałam się z tym, by dania odbiegały ilością składników od tych podawanych na codzień. Wydaje mi się, że restauracja powinna jak najbardziej zachęcić do siebie podczas tej akcji, a ewidentne oszczędzanie na składnikach chyba nikogo nie zachęci. Tym bardziej, że na zdjęciach na fanpage'u restuaracji makaron ten wygląda zdecydowanie mniej ubogo. No cóż, zawsze mogło być gorzej ;) Ostatecznie nie ma na co narzekać, danie było bardzo poprawne, jednak bez zachwytów.


No i deser. Cóż, tak pozbawionego pomysłu deseru nie jadłam już dawno. Serek był bardzo ciężki (smakował jak zwyczajny naturalny serek homogenizowany), konfitura z jagód niezbyt smaczna. Deser ratował pierniczek, któy był naprawdę dobry, oraz wielkość porcji - danie było niewielkie, na szczęście, ponieważ więcej takiego ciężkiego serka po potężnej porcji makaronu na pewno bym w siebie nie wcisnęła.


Wrażenie ogólne jest niestety średnie, chociaż zdaję sobie sprawę, że Restuarant Week rządz się własnymi prawami. Z jednej strony nie spodziewałam się szału ze względu na wybrane menu, z drugiej słyszałam bardzo pochlebne opinie o tym miejscu, więc chyba jednak oczekiwałam czegoś więcej. Być może kiedyś powtórzę wizytę próbując klasycznej karty, cały czas czuję się tym miejscem zainteresowana, choć pierwsza wizyta nie podbiła mojego serduszka. Maybe next time!

czwartek, 21 września 2017

Nieśniadaniowo: Gazpacho

Zaczynają się jesienne chłody, więc jakby na przekór postanowiłam zatrzymać trochę słońca na talerzu. Uwielbiam chłodniki, mogę jeść je nawet zimą. A dobre gazpacho to absolutny obłęd. Spójrzcie na ten kolor! Jest mega proste, szybkie i przepyszne.


Kilka wskazówek na początek:

1. Pomidory
Wybierzcie te pachnące, dojrzałe, pięknie czerwone, chyba, że checie jeść pozbawioną smaku wodę z pomidorów. Ja użyłam malinowych, które wprost ubóstwiam. Sprawdzą się też bawole serca. Powtórzę się po raz kolejny - nigdy nie żałujcie na dobrej jakości produktach. To sedno udanej kuchni.

2. Sól
Ta sztuczka jest bardzo przydatna. Obrane i pokrojone warzywa solimy wcześniej i pozostawiamy na przynajmniej 30 minut na blacie, by puściły sok. Łatwiej blenduje się je na gładką konstystencję i dzięki temu gazpacho nie jest rozwodnione. No i nie musicie go dosalać w trakcie.

3. Oliwa
Jeśli chcecie, by wasze gazpacho miało aksamitną konsystencję oliwy należy dodać do środka. Aby uniknąć rozwarstwienia i idealnie połączyć oliwę z sokiem z warzyw należy najpierw zblendować warzywa z dodatkiem octu, a następnie powoli dolewać olwię. Gazpaczo będzie miało cudownie gładką, jednolitą konsystencję. 

Składniki (na 3-4 porcje):
  • 4-5 pomidorów malinowych lub 2-3 bawole serca
  • 1 czerwona papryka
  • 2 ogórki gruntowe
  • pół cebuli (można użyć czerwonej, jest delikatniejsza)
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 bułka pszenna
  • ząbek czonsku
  • 2 łyżki octu winnego
  • pół szklanki oliwy
  • 1-2 łyżeczek cukru
  • szczypta chili
  • szczypta pieprzu
  • szypiorek (do podania)

Ogórki obieramy. Wszystkie warzywa kroimy w grubą kostkę i przekładamy do miski. Solimy, dodajemy połamaną na kawałki bułkę. Mieszamy i pozostawiamy na blacie minimum 30 minut. Ja zostawiłam na około 2 godziny. 

Po tym czasie warzywa odciskamy na sitku nad miską, zaś soku który pozostał nie wylewamy. Odciśnięte warzywa blendujemy dokładnie wraz z 2 łyżkami octu, łyżeczką cukru, ząbkiem czosnku i chilli. Dodajemy sok z warzyw i blendujemy około minuty, a następnie powoli wlewamy olwię blendując aż do połączenia. W razie potrzeby doprawiamy solą i pieprzem. Podajemy z pokrojonym szczypiorkiem.

Smaczności,
m.


sobota, 16 września 2017

Nieśniadaniowo: steki z pieczonymi batatami i sałatką z rukoli, malin i sera pleśniowego

Mokry sen wszystkich mięsożerców – steki! Na moim stole goszczą raczej rzadko, choć niezmiernie za nimi przepadam. Użyłam rostbefu, a pani sprzedawczyni pokroiła mi go na zgrabne, 3-centrymetrowe steki. Wiadomo, kawał dobrego mięsa to tutaj podstawa. Nie ma co na tym oszczędzać i bawić się w jakieś dyskontowe, pakowane wołowiny, no chyba, że lubicie jeść pozbawione smaku podeszwy ;) Wbrew pozorom przyrządzenie steka jest bajeczne łatwe. Wystarczy  tylko pamiętać o kilku zasadach. Z resztą, co ja tu będę. Let's go!


Na początek kilka pro-tipów. Jeśli będziecie robić wszystko wedle tych wskazówek, stek nie ma prawa nie wyjść:

1. Mięso musi być w temperaturze pokojowej
Zimny stek na patelni obniża jej temperaturę, a to bardzo niedobrze. Wyjmijcie mięso z lodówki 30 minut przed jego smażeniem. W tym czasie możecie zająć się pieczeniem ziemniaków czy przygotowaniem pozostałych dodatków.

2. Sól i pieprz
Tak moi mili, nic więcej nie potrzeba. Szkoły są dwie – jedna mówi o tym, że steka nie należy solić przed smażeniem, druga oczywiście odwrotnie, jak najbardziej przed. Ja solę, tak samo jak Gordon Ramsey, no sorry. Żadnej wody nie puszcza, wnika w stek płytko i pozwala uzyskać chrupiącą warstwę wierzchnią. Soli nie trzeba wiele a najlepsza będzie ta grubo zmielona. Podobnie z pieprzem – grubo zmielony jest super.

3. Tłuszcz
Stek smażymy na turbo gorącej patelni! Do tego potrzebny jest tłuszcz o wysokim punkcie dymienia: olej rzepakowy, oliwa rafinowana (nie ta z pierwszego tłoczenia) lub masło klarowane. Jeśli chodzi o to zwykłe, dodajemy je na patelnię pod koniec smażenia steka, by nadać mu więcej smaku.

4. Patelnia
Tak jak napisałam – gorąca. Najpierw rozgrzewamy patelnię, potem olej – patelnia musi się dymić, wtedy kładziemy mięso. Najlepiej by patelnia była żeliwna lub grillowa. Ja jestem posiadaczką takiej ze stali nierdzewnej z grubym dnem – również jest w porządku. Teflon odpada.

5. Nie ruszajcie mięsa!
I w żadnym wypadku go nie nakuwajcie, chyba, że chcie stracić cały smak. Kładziecie mięso na gorącą patelnię i dajecie mu chwilę bez żadnego przekładania, przesuwania, czegokolwiek. Nie rusz i już!

6. Czas
Zasada jest taka, że na każdy centymetr grubości mięsa potrzebna jest minuta, by stek wysmażony był średnio. Preferowana grubość steka z takiego rostbefu to 3 cm, a więc smażyć należy po 3 minuty na każdą stronę. Jeśli lubimy bardziej krwisty 1-2 minut. Jeśli bardzo 4-5.

7. Odpoczynek
Steka nie należy kroić od razu po usmażeniu. Po zdjęciu z patelni odłóżcie go na talerz i przykryjcie folią aluminiową – zostawcie tak na 3-4 minuty. Dzięki temu stek zatrzyma w sobie wszystkie smaczności, a i temperatura nie spadnie za bardzo. Wołowina bardzo szybko stygnie, a całkiem zimny stek to niedobry stek, więc nie przesadzajcie też z tym odpoczywaniem.

No to lecimy z tymi stejkami!


Składniki (na 2 porcje):

Steki:
  • 2 steki z rostbefu o grubości 3 cm
  • sól
  • pieprz
  • olej rzepakowy do smażenia
  • 2 gałązki rozmarynu
  • 2 ząbki czosnku
Pieczone bataty:
  • 2 średnie bataty
  • sól
  • pieprz
  • oliwa
Sałatka z rukolą, malinami i serem pleśniowym:
  • 2 garści rukoli
  • kilka pomidorków koktajlowych
  • kilka malin
  • ser z niebieską pleśnią (użyłam Danablu)
  • migdały w płatkach
Dressing:
  • 2 łyżki oliwy
  • 1 łyżka miodu
  • 1 łyżeczka musztardy
  • 1 łyżeczka octu winnego 
  • sok z cytryny
  • sól
  • pieprz
Mięso wyjmujemy z lodówki na conajmniej 30 minut przed rozpoczęciem smażenia steków. W tzw. międzyczasie piekarnik rozgrzewamy do 220 stopni. 

Pieczone bataty:
Bataty kroimy we frytki lub talarki, w zależności od upodobań. Rozkładamy na balsze, polewamy oliwą, doprawiamy solą i pieprzem i pieczemy 20 minut. 

Sałatka:
Rukolę przekładamy do miski, dodajemy pokrojone na połówki pomidorki koktajlowe, maliny, pokruszony ser pleśniowy. Migdały podprażamy na suchej patelni, aż poczujemy ich delikatny zapach, cały czas mieszając. Uważajcie, by ich nie spalić, bo będą gorzkie. Dodajemy do sałatki. Do słoiczka wlewamy 2 łyżki oliwy, łyżkę miodu, łyżeczkę octu, łyżeczkę musztardy i odrobinę soku z cytryny. Doprawiamy solą i pieprzem. Zakręcamy słoiczek i mieszamy do połączenia składników. Sałatkę dressingiem polewamy przed samym podaniem – inaczej składniki namokną, oklapną i bedą brzydko wyglądać. 

Steki:
Mocno rozgrzewamy patelnię, a potem łyżkę oleju rzepakowego – aż patelnia zacznie dymić. W międzyczasie doprawiamy mięso grubo zmieloną solą i pieprzem. Kiedy patelnia będzie rozgrzana kładziemy na nią mięso. Smażymy w zależności od preferencji: krwisty i średnio krwisty ok. 1-3 minut na każdą ze stron, średnio wysmażony ok. 3-4 minut, bardzo wysmażony ok. 5-6 minut. Ja smażyłam po 3 minuty na każdą ze stron. Mięsa na patelni nie ruszamy. 2 minuty przed końcem smażenia na patelnię dodajemy łyżkę masła, dwie gałązki rozmarynu i dwa rozgniecione ząbki czosnku. Kiedy masło się rozpuści przechlamy patelnię, by spłynęło na jej brzeg, wybieramy łyżką i polewamy nim steka – dzięki temu mięso uzyska przyjemną, maślaną glazurę. Rozmaryn i czosnek nadzadzą mu zaś aromatu. Po żądanym czasie zdejmujemy mięso z patelni. Odkładmy do głębokiego talerza, przykrywamy folią aluminiową i dajemy mu odpocząć około 3-4 minut.

Na talerz wykładamy bataty, sałatkę polaną dressingiem no i naszego steka.

Smaczności,
M.





sobota, 8 kwietnia 2017

Jem Trójmiasto: Cozzi Ristorante w Gdyni

Poza gotowaniem uwielbiam też... jeść. Kto by pomyślał! Od czasu do czasu lubię, gdy ktoś przyrządzi jedzenie dla mnie. A ponieważ lubię dobre jedzenie, no cóż... to jedzenie musi być dobre :D Niedwano odwiedziłam przemiłą włoską restaurację Cozzi znajdującą się na ul. Władysława IV 49 w Gdyni. I zachęcam Was, byście też tam zajrzeli.


Samo miejsce jest bardzo przyjemne. Estetyczny wystrój zachowany w jasnych barwach, nienachalna muzyka. Atmosfera zdecydowanie na plus. Obsługa bardzo sprawna, wszystkie Panie uśmiechnięte i pomocne. Z menu wybraliśmy:
  • Krewetki black tiger w aromacie białego wina, masła, czosnku oraz peperoncino - 34zł
  • Krewetki black tiger w aromacie sous ostrygowego, whisky, imbiru oraz chilli - 34 zł
  • Grillowaną pierś kurczaka zawiniętą w szynkę parmeńską z sosem gorgonzola, ziemniaki puree, karmelizowane buraki z tymiankiem - 29 zł 
  • Polędwiczki wieprzowe w sosie borowikowo-kurkowym podane z gnocchi i sałatką - 36 zł
  • Panna cottę z musem malinowym - 15 zł
Na początek otrzymaliśmy poczekajkę w postaci ciepłej foccaci w towarzystwie pysznej oliwy. Bardzo smaczna przekąska, która umiliła nam czas oczekiwania na przystawki, czyli krewetki. I tutaj duża pochwała. Produkt bardzo dobrej jakości. Krewetki jędrne i miękkie. Moje, w białym winie, bardzo delikatne, dla mnie trochę zbyt, ale taka specyfika dania. Natomiast te w sosie ostrygowym, rewelacja! Przyjemnie pikantne, sos po prostu świetny! Następnym razem to na pewno będzie mój wybór.

Następnie przyszła kolej na dania główne. Pierś z kurczaka w szynce parmeńskiej bardzo dobra. Miękka, nie przesuszona, szynka przyjemne chrupiąca. Puree z ziemniaków bez zarzutu, dla mnie znów trochę zbyt mdłe, ale ja lubię wyraziste smaki. Dodatek w postaci buraka bardzo trafiony. Moje polędwiczki również delikatne. Mięso było poprawne, chociaż (znów) sos według mnie zbyt delikatny, przydałoby się odrobinę ziół, np. rozmarynu. Gnocchi fantastyczne, jestem wielką fanką tych włoskich kluseczek. 


Ja z deseru zrezzygnowałam, ale narzekań na panna cottę nie było. Skosztowałam odrobinę, rzeczywiście bez zarzutu, aksamitna, przyjemnie waniliowa z kwaskowym musem z malin. Pychotka.


Jeśli szukacie miejsca na spotkanie romantyczną randkę lub rodzinny obiad Cozzi to zdecydowanie miejsce dla Was. Przyjemny wystrój, przemiła obsługa i smaczne jedzenie w bardzo przystępnych cenach. Ogromnym plusem są dobrej jakości produkty, nie ma tutaj kompromisów. Ja na pewno zajrzę tam jeszcze by spróbować makaronów, które wyglądały genomenalnie. 

Smaczności!

niedziela, 26 marca 2017

Zapiekany omlet z jabłkami z rozmarynem

Choć zwykle śniadania jadam wytrawne, czasem mam ochotę na te na słodko. Wybór zwykle pada na owoce. A, że bez jajek obyć się nie może - omlet. Tutaj wariacja na jego temat, bo to omlet z piekarnika z jabłkami z rozmarynem.


Składniki (na jedną porcję):
  • 2-3 jajka
  • jedno jabłko
  • miód
  • rozmaryn
  • masło

Patelnię rozgrzewamy do 180 stopni. Na patelni rozgrzewamy masło, dodajemy miód, pokrojone w kawałki jabłka. Dodajemy rozmaryn. Smażymy chwilę aż jabłka zmiękną. W tzw. międzyczasie zajmujemy się omletem. Żółtka oddzielamy od białek. Białka ubijamy, żółtka dodajemy do ubitej masy i delikatnie mieszamy do połączenia. Gotową masę wlewamy do żaroodpornego naczynia lub na żeliwną patelnię, dodajemy jabłka i wkładamy do piekarnika na jakieś 12 - 15 minut. I gotowe! 

Smaczności i pięknego dnia, m.

niedziela, 26 lutego 2017

Hiszpańska tortilla czyli omlet z ziemniakami

Zima jeszcze nie do końca odpuszcza, mimo słońca na dworze mroźny wiatr. W takie dni najelpszym co możecie sobie zrobić, to sycące i pyszne śniadanie. A co jest lepszego niż jajka na śniadanie? Jajka i ziemniaki. Omlet z ziemniakami, czyli hipszańska tortilla to jedno z moich ulubionych śniadań na duży głód. Konkretne, proste i smaczne, czyli to, co wszyscy lubią najbardziej.



Składniki (na jedną porcję):
  • 2-3 jajka
  • dwa średnie ziemniaki
  • pomidor
  • sól, pieprz, zioła prowansalskie
  • świeża natka piertruszki

Ziemniaki można wcześniej ugotować, jednak ja preferuję smażone. Kroimy je w półplasterki i smażymy na patelni aż do miękkości. Jeśli lubicie, w połowie smażenia możecie dodać cebulę i boczek, dla jeszcze większej przyjemności. Ja akurat nie miałam, więc pozostałam przy wersji nieco skromniejszej. Jajka roztrzepujemy dokładnie, doprawiamy solą, pieprzem i ziołami prowansalskimi, po czym wlewamy na patelnię. Ważne, żeby przed tym, ziemniory na patelni rozłożone były płasko i nie nachodziły na siebie w miarę możliwości. Smażymy około 6 minut pod przykryciem, czas oczywiście jest orientacyjny, więc musicie wyczuć moment, w którym wasza tortilla będzie gotowa do przewrócenia na drugą stronę. Aby to zrobić najlepiej użyć talerza. Przykrywacie tortille znajdującą się na patelni, odwracacie ją do góry dnem, tak by tortilla znalazła się na talerzu i zsuwacie z powrotem na patelnię, zrumienioną stroną do góry. To najskuteczniejszy sposób, każdy inny skutkuje przeobrażeniem tortilli w rozpaćkaną masę ;). Po przewróceniu smażymy jeszcze kilka minut. W międzyczasie kroimy pomidora i siekamy natkę pietruszki. Usmażoną tortillę zdejmujemy z kuchenki, przekładamy na talerz, na wierzchu ląduje pomidor i natka, możecie doprawić jeszcze solą i pieprzem. Sycące i gorące śniadanie na zimne poranki gotowe. Smaczności!

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Jajka zapiekane w szynce szwarcwaldzkiej z suszonymi pomidorami

Jeśli szukacie pomysłu na eleganckie, ale błyskawiczne w przygotowaniu śniadanie, właśnie znaleźliście odpowiednie. Koszyczki z szynki szwarcwaldzkiej, a w nich suszony pomidor i zapieczone jajko. Możecie mi wierzyć, że tym śniadaniem zrobicie wrażenie ;)


Składniki (na jedną porcję):
  • 2 jajka
  • kilka plasterków szynki szwarcwaldzkiej (może być również parmeńska)
  • 2 kawałki suszonych pomidorów
  • sól, pieprz, zioła prowansalskie
  • świeża natka piertruszki

Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni. Foremki do muffinów smarujemy oliwą z oliwek albo olejem z suszonych pomidorów. Do wgłębień wkładamy plasterki szynki, tak by utworzyły koszyczek (ja zużyłam po 3 plastry na jedną foremkę). Suszone pomidory kroimy na mniejsze kawalki i wkładamy do foremek, następnie wlewamy jajka. Teraz jeszcze sól, pieprz, zioła prowansalskie i do piekarnika na 15 minut. Po tym czasie nasze koszyczki wyjmujemy z foremek (pomagamy sobie delikatnie nożem oddzielając je od brzegów foremek), wykładamy na talerz, posypujemy natką pietruszki i podajemy z pieczywem. I voilà! Efektownie i pysznie.

Smaczności!

środa, 9 grudnia 2015

Jaka w koszulkach na chlebie razowym z szynką i suszonymi pomidorami

Po długiej nieobecności wracam z pysznymi śniadaniami. Jak już wielokrotnie wspominałam, uwielbiam jajka, w szczególności te w koszulkach. Dziś w wersji z suszonymi pomidorami i szynką, na lekko stostowanym chlebie razowym. Do tego oliwa, sól i pieprz. Proste połączenie, ale smak idealny.


Składniki:
  • 2 jajka
  • łyżka octu
  • 2 kromki pieczywa razowego
  • 2 plastry ulubionej szynki
  • kilka pomidorów suszonych
  • oliwa
  • sól, pieprz, zioła prowansalskie
  • keczup

Chleb smarujemy niewielką ilością keczupu, doprawiamy pieprzem i posypujemy odrobiną ziół prowansalskich. Tak przygotowane pieczywo zapiekamy przez chwilę w piekarniku (około 5 minut w 200 stopniach). W tzw. międzyczasie przygotowujemy jajka w koszulkach, tak jak w tym przepisie (do tego potrzebny jest ocet). Suszone pomidory kroimy w drobniejsze kawałki. Podpieczony chleb wyjmujemy z piekarnika, układamy na nim szynkę, suszone pomidory i ugotowane w koszulkach jajka. Polewamy niewielką ilością oliwy, doprawiamy solą i pieprzem. I voilà, pyszne śniadanie gotowe. 

Smaczności!

wtorek, 31 marca 2015

Pieczona owsianka kakaowo-bananowa

Ja i owsianka to trudna znajomość. Swego czasu, w okresie zdrowego odżywiania (mleko sojowe zamiast zwykłego w kawiarni, zdejmowanie tłustej skórki z kurczaka i panierki z ryby) jadłam najzwyklejszą owsiankę, czasem z jakimś owocem, ale za to na wodzie. Sama siebie oszukiwałam, że mi smakuje. Ale, ale! Owsiankę da się lubić. Jedna wersja owsianki do lubienia to taka ze słoika. O niej innym razem. Dziś z kolei - owsianka pieczona. Zdecydowanie polecam. Nawet przeciwnicy powinni się przekonać.


Składniki:

  • 100 g płatków górskich płatków owsianych
  • mała garść rozkruszonych płatków śniadaniowych (kukurydzianych, fitness)
  • 1 łyżka kakao
  • 1/2 szklanki mleka
  • 1 dojrzały banan
  • cukier (wedle życzenia)

Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni. Rozgniatamy w wybrany przez siebie sposób płatki kukurydziane, czy jakie tam wybraliście oprócz owsianych. Mieszamy je razem z owsianymi. Banana rozgniatamy widelcem i mieszamy z płatkami. Wlewamy mleko, dodajemy kakao i cukier, całość dokładnie mieszamy. Przekładamy do kokilki bądź innego żaroodpornego naczynia. Wstawiamy do piekarnika, pieczemy około 30 minut. Wyjmujemy i jemy :)

Smaczności!

wtorek, 24 lutego 2015

Śniadaniowe gofry z szynką i jajkiem sadzonym

Wytrawne gofry kusiły mnie już od dłuższego czasu. Moje pierwsze podejście do nich nie było idealne - ciasto wyszło zdecydowanie zbyt puszyste i mało słone. Następnym razem pokuszę się ciasto gryczane albo dodanie do niego np. szpinaku. Tymczasem w wersji śnadaniowo-puszystej. Właściwie ta wersja ma też swoje plusy - samo ciasto jest neutralne, więc od waszego pomysłu  i dodatków, jakich użyjecie zależy czy wszamiecie je na słodko czy słono.


Składniki (na około 6 sztuk):
  • 1 i 1/2 szklanki mąki pszennej
  • 1 i 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • szczypta soli
  • 2 jajka
  • 1/2 szklanki oleju
  • 1 i 1/3 szklanki mleka
Dodatki:
  • kilka plasterków szynki
  • jajka (u mnie sadzone, mogą być na twardo lub w koszulce)
  • sól, pieprz, papryka suszona

Mąkę przesiewamy do miski, dodajemy proszek do pieczenia i sól, po czym mieszamy. Oddzielamy żółtka od białek. Żółtka, olej i mleko dodajemy do sypkich składników i miksujemy na gładką masę. Białka ubijamy na sztywną pianę. Dodajemy do miski i delikatnie mieszamy łyżką. Rozgrzewamy gofrownicę i pieczemy gofry około 3-4 minut. Gofrownicę można też przed pieczeniem wysmarować niewielką ilością tłuszczu. W międzyczasie smażymy jajka sadzone lub przyrządzamy wedle życzenia. Co do dodatków oczywiście macie dowolność - z racji tego, że ta wersja to gofry śniadaniowe proponuję trzymać się jajek (hehe). Na upieczonych już gofrach układamy dodatki - po plasterku szynki i jajku sadzonym. Doprawiamy solą, pieprzem i papryką. 

Smaczności!


niedziela, 14 grudnia 2014

Jajko zapiekane w awokado

Z awokado miałam problem. Pierwsze podejście było wyjątkowo mało udane, niedojrzałe awokado zdecydowanie nie nadaje się do lubienia, o czym przekonałam się na własnych kubkach smakowych. Tak więc dla osób, które nie mają doświadczenia z tym owocem - w sklepie wybierzcie to możliwie najbardziej miękkie, a jeśli takiego nie ma, dajcie mu poleżeć w domu i dojrzeć dzień lub dwa. Musi być miękkie! Twarde jest zwyczajnie niesmaczne, co więcej nawet trudne w jedzeniu, co powinno wam dać do myślenia ;)
Awokado na ciepło to podobno nieco kontrowersyjna opcja, ale jeśli chodzi o mnie, odpowiada mi zdecydowanie bardziej niż na zimno. No i to rozpływające się żółtko połączone z miękkim miąższem, o tak to zdecydowanie świetny początek dnia!


Składniki:
  • 1 dojrzałe awokado
  • 2 jajka (najlepiej nieduże)
  • plasterek szynki (opcjonalnie)
  • przyprawy: sól, pieprz, papryka
  • szczypiorek
Awokado należy przekroić na pół, wyjąć z niego pestkę i łyżką usunąć ze środka nieco miąższu. Wnętrze owocu delikatnie doprawiamy solą i pieprzem. Jak widzicie w jednej z połówek umieściłam najpierw plasterek szynki, musicie pamiętać jednak aby dobrze "wyścielić" nią awokado. No i nie przypalić, tak jak ja ;) Jeśli chodzi o wbijanie jajka do środka: ja oddzieliłam najpierw żółtko, które umieściłam w awokado, potem zaś dolałam powoli białko, aby kontrolować jego ilość i nie przelać. Awokado ostrożnie przenosimy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni i zapiekamy 12 - 15 minut. Wierzch posypujemy przyprawami: solą, pieprzem i odrobiną ostrej papryki oraz szczypiorkiem. Przekładamy na talerz i zajadamy. Najlepiej smakuje podane z ciemnym pieczywem.

Smaczności życzę!